gabinet tropów

Najnowsze

Ludzkość +

  h-pani-329736

Webisodes to naprawdę specyficzna, wciąż jeszcze młoda forma prezentacji serialu. Internetowe odcinki mają w sobie „to coś” – są świeżą, jeszcze niewyeksploatowaną formułą. Ich długość jest przeróżna, oscyluje przeważnie w granicach od kilku do kilkunastu minut. Webisodes świetnie sprawdzają się w swojej misji promocyjnej, kiedy zachęcają do śledzenia kolejnych sezonów serialu (np. odcinki promujące kolejny sezon BSGThe Walking Dead). Są osłodą, spoiwem, swoistym „wypełniaczem” w oczekiwaniu na dalsze ciągi fabuł serii. Czasami jednak ktoś wpada na pomysł, żeby zrobić z tego coś więcej, paradoksalnie pozostawiając format bez zmian i czyniąc właśnie z niego największą zaletę.

„H+ The Digital Series” jest projektem autorsta Bryana Singera (tego pana nie trzeba nikomu przedstawiać, right?). To zbiór 48 krótkich – bo trwających góra 5 – 6 minut odcinków, łapiących się właśnie do formatu typu „webisode”. Ta seria posiada oficjalny kanał na Youtube. Uprzedzam z góry wszystkich tych, którzy spodziewają obostrzeń typu finansowego – wszystkie odcinki są udostępione za darmo. Nie będę tutaj debatował nad słusznością tej decyzji – Bryan Singer i spółka odrobili lekcje z monetyzacji swojego produktu. Tak krótka forma po prostu nie byłaby przekładalna na normalny, regularny cykl produkcyjny. Natężenie i skala spiracenia „H+” podważyłaby ekonomicznych sens stosowania normalnych zasad, tak jak to dzieje się w wypadku standardowych etapów dystrybucji (premiera w sieci/tv, premiera na nośnikach). Zysk musiałby być w tym wypadku natychmiastowy, lub żadny. Zresztą trzeba w ogóle skreślić te przemyślenia, bo „H+” jest projektem symbolizującym współczesny sposób przepływu informacji. Jako webisodes ma swoje pięć minut dosłownie i w przenośni. Jego format jest  zaletą i zarazem wadą – „H+” z racji swojej dynamiki wchodzi niemalże do kategorii szumu informacyjnego. Trudno oszacować, na jak długo przez internautów zostanie zapamiętany.

Fabularnie, „H+” przedstawia się ciekawie – trochę smutno, trochę strasznie, trochę intrygująco. Pokazuje przyszłość niekoniecznie odległą, w której to postęp technologiczny umożliwił ludzkości wszczepienie sobie specjalnych implantów. Ów przełom naukowy pozwala ludziom na stały dostęp do sieci (na nowo można zdefiniować określenie 24/7). I jak to w przypadku takich przełomów bywa, tak i tutaj próba ulepszenia gatunku ludzkiego kończy się tragicznie. Do sieci sterującej zbiorczo wszystkimi implantami na świecie, dostaje się wirus. Wirus jak to wirus, robi co do niego należy – wprowadza zamęt i doprowadza do uśmiercenia całkiem pokaźnej ilości obywateli tego kawałka skały, zwanej powszechnie Ziemią. Jakie były motywy ataku i kto za tym stoi – to już mogą zdracić jedynie poszczególne odcinki. Specjalnie używam słowa „mogą”, ponieważ głównym zamierzeniem „H+” jest sianie zamieszania i jak najdłuższe utrzymywanie stanu „who, why, where, why?”.

Widz otrzymuje zbiór postaci sprawiających z początku wrażenie kompletnie przypadkowych, taki losowy zestaw nieszczęśników w dniu nieprzewidzianej katastrofy. Jednak z odcinka na odcinek dowiadujemy się, że sieć połączeń między bohaterami tej opowieści jest bardziej skomplikowana, niż wcześniej można było się spodziewać. W tym kontekście czuć pewne analogię do świetnego telewizyjnego „Jericho” (serial jednego sezonu, nad drugim najlepiej roztoczyć zasłonę milczenia). Z wolna zaczyna się udzielać spiskowa atmosfera i narasta wrażenie istnienia pewnych grup nacisku. Brian Singer wierzy oczywiście w inteligencję widza, dlatego też wprawdził dodatkową atrakcję w postaci rozbitej chronologii zdarzeń. Będziemy się cofać, wybiegać w przyszłość. Dla najbardziej opornych przygotowany został specjalny timeline, dzięki któremu wszystkie odcinki posłusznie lądują we właściwym układzie chronologicznym. „H+” jest miksem znanych motywów związanych z ulepszaniem gatunku ludzkiego. Fabularnie wciąż pozostaje w szufladzie o nazwie „spekulacje i pokrewne”, ale przecież już teraz żyjemy w świecie niektórych autorów fantasy z lat 80. i 90. W „H+” najbardziej odczuwa się chyba pewne wpływy materiałów promocyjnych do „Deus Ex: Human Revolution”. Bo to właśnie transhumanizm jest w „H+” kołem zamachowym wszystkich trosk i nieszczęść.

Reklamy

Ciemniejsza strona księżyca

Zapewne większość z Was podświadomie szuka ustalonego, najbliższego sobie wzorca w realiach fabularnych s-f. Czytamy i oglądamy według klucza naszych neuronowych kubków smakowych. Mój trop kilka lat temu doprowadził mnie do filmu „Moon”, w reżyserii Duncana Jonesa (tak, to jest de facto syn Majora Toma). Spotkanie z tą produkcją było dla mnie w pewien sposób okazją do powrotu na stare śmieci. Człowiek uwięziony w pewnej klaustrofobicznej przestrzeni przypomniał mi o „Cylindrze van Troffa”, Janusza Andrzeja Zajdla. Film otworzył też nieco trzeszczące drzwi do zakurzonego „Solaris” Stanisława Lema i „Opowieści o pilocie Pirxie” tegoż samego autora (tutaj zdecydowanie najcieplej do clue filmowej opowieści).

„Moon” jest prostą, aczkolwiek naprawdę angażującą historią. Język angielski ma świetne słowo określających takie wrażenie – „mesmerising”. Przetłumaczyłbym, ale nie chcę żeby straciło na uroku. Film opowiada o człowieku który w pewnym momencie swojego życia zderzył się czołowo z nieoczekiwanym. Nie chcę niczego niepotrzebnie zdradzać, podobnie jak z całych sił odradzałbym każdemu oglądanie zwiastunów filmowych. Kochana branża filmowa w pewnym momencie rozminęła się dramatycznie z powołaniem, przekształcając zapowiedź filmu w jego kompletne streszczanie. Z materiałami do „Moon” jest niestety podobnie, oglądasz zwiastun i zamiast zająć pozycję obserwatora nieświadomego, stajesz się widzem ostrzeżonym. Czy naprawdę nie da się przedstawić zalet produkcji, nie operując w bezpośredni sposób prezentacją omawianych treści? Produkt produktem, ale zachęta i poza-kadrowa gwarancja twistów fabularnych powinny w końcu wrócić do łask. Wszystkich zainteresowanych tym jak to się powinno robić należycie, odsyłam tutaj. Bezwłosy Mistrz Napięcia dostarcza.

„Moon” należy zobaczyć z trzech powodów: swobodnej i wiarygodnej kreacji Sama Rockwella, fabuły chwytającej kleszczami klimatu oraz muzyki. Utwory skomponowane przez Clinta Mansella mogą być spokojnie wizytówką gatunku, jaki z łatwością reprezentuje „Moon”. Film Duncana to powrót do korzeni rasowego, sytuacyjnego kina s-f. Jest spadkobiercą koncepcji filmowych z lat 60. i 70. Film o człowieku na Księżycu, abstrahując od swojego pozaziemskiego osadzenia, mówi o dramacie człowieka umieszczonego w trybach nieznanej sobie maszyny. Maszyny, w której przebywa dłużej, niż podpowiada mu to własne doświadczenie. Przyszłość może przynieść rozwój w postaci przełamywania ludzkich i naukowych barier. Czasami jednak, z przyczyn stricte ekonomicznych woli sięgnąć po narzędzia niewolnicze, na chłodno sprawdzając rachunek zysków i strat. W tej produkcji mamy kontakt z fajnym i rozsądnym operowaniem minimalną ilością „wspomagaczy” wizualnych. Dobra historia obroni się sama, wystarczy jej kilka niezbędnych metrów kwadratowych do prezentacji.

p.s  W filmie jest też Kevin Spacey, ale raczej niefizycznie. Jeśli go znajdziecie, punkt dla Was.

Elektryczny fetysz

Wstydów czytelniczych naszedł ciąg dalszy.

W trakcie researchu na temat Świata Dysku, zacząłem dokopywać się do dalszych pokładów tytułów z mało chlubnego cyklu: „dzieła kanoniczne nieczytane”. Zapadła decyzja o sięgnięciu po „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, Philipa K. Dicka. I tutaj pojawiło się naprawdę miłe zaskoczenie. Okazuje się, że Ridley Scott wraz ze swoim „Łowcą Androidów” poszedł w nieco odmiennym kierunku, rozkładając akcent historii w inny sposób. Książka skręca wyraźnie w stronę filozoficzną, częściej i dobitniej akcentuje wątek egzystencjalny. Jest równie subtelna co jej filmowa alternatywa, może momentami brzmi nieco łopatologicznie i  stara się przekazywać dość banalnie sformułowane problemy (np. rozterki głównego bohatera na temat jego niejednoznacznych relacji z androidami), jednak patrząc całościowo – mimo swojej odmienności od filmowego przełożenia, jest idealnym uzupełnieniem wizji Scotta. Rozwija wątki androidów, wskazując na ich niewolniczą przeszłość i ich dość bezduszną eksploatację na pozaziemskich koloniach.

Kluczowe zarówno dla adaptacji filmowej, jak i pierwowzoru papierowego androidy, są zupełnie odmienne. Nie posiadają charyzmy i egzotyczności wizerunku z dzieła Scotta. Nexusy Philipa K. Dicka nie posiadają aury tajemnicy i niezwykłości, którą znamy z filmu. Sposób ich przedstawienia ma więcej wspólnego z próbą spojrzenia na nie z perspektywy niedoskonałych ludzkich kopii. Książkowy Roy Batty, czyli nieformalny lider opisywanej grupy androidów, wydaje się być dość daleko od niezapomnianej kreacji Rutgera Hauera. Owszem, w fabule pojawia się nawiązanie do rewolucji przeprowadzonej przez androidy na pozaziemskiej kolonii i umacniania się Roy’a na pozycji lidera – „oświeconego” mentora tej grupy. Mi jednak zabrakło „tego czegoś”. Najwidoczniej kreacja filmowa ma u mnie permanentne pierwszeństwo. Papierowy „Blade Runner” rozgrywa się tylko w pomieszczeniach, bądź na dużych, pustych przestrzeniach. Czytamy o pustych mieszkaniach, bądź o jałowych pustkowiach. Ridley Scott wzbogacił ten stan ducha o nowe tła, co wcale nie zmniejszyło wrażenia izolacji i  porzucenia. Zatłoczone, tętniące życiem neonowe ulice San Francisco są naturalnym rozwinięciem pustostanów zajmowanych przez tych, którym nie dane było emigrować do pozaziemskich kolonii. Ludzie jeszcze nigdy wcześniej nie byli tak daleko od swojej natury, androidy nigdy wcześniej nie były tak blisko swoich twórców.

Dysk boksuje się z kulą

W czytelniczym żywocie przychodzi taki moment, kiedy trzeba uderzyć się pierś i przyznać się do zaniedbań, zaniechań, ignorancji względem papierowej „terra incognita”. W moim wypadku rzecz tyczy się Terry’ego Pratchetta i jego nieśmiertelnego/kultowego Świata Dysku. Ten wpis postanowiłem rozdzielić na dwie części. Ten na który w tej chwili spoglądacie, jest starszym bratem drugiego wpisu, który pojawi się tutaj już wkrótce (działam zgodnie z developerską zasadą branży gier komputerowych: „będzie wtedy, kiedy będzie gotowe”). To znamienne „już wkrótce” oznacza moment, w którym po prostu skończę pierwszą książkę Pratchetta – „Straż! Straż!”. Przeczesałem sieć w poszukiwaniu opinii na temat wydawnictw z obszernego Świata Dysku (blisko 40 książek jest pewną barierą, no ale ponoć ich względna niezależność fabularna pomaga wszystkim nowym i zagubionym w tymże uniwersum). Wybór padł na pierwszą część cyklu o Straży Miejskiej.

Na zakończenie, wycinek z rozmowy na linii Terry Pratchett – Mark Lawson (produkcji BBC). Bardzo fajny materiał, trudniej jednak o jego pełniejszą wersję. Świat Dysku ma swoje własne, niepodważalnie ekstrawaganckie fundamenty naukowe. To uniwersum żyje własnym życiem i w ciekawy sposób stymuluje czytelników. Próbując ogarnąć świat przedstawiony Pratchetta i prawdopodobieństwo istnienia drugiej Ziemi – płaskiej i leżącej na latającym żółwiu, najlepiej zadać sobie pytanie: „a czemu nie?”. W pożółkłych (z dzisiejszej perspektywy) czasach, nauka szła ramię w ramię z religią. Później nastąpił rozbrat, niewiadoma straciła swoje boskie przymioty i została oznaczona matematycznym symbolem „X”. Świat Dysku i jego fizyka alternatywna nie mają akurat tych problemów. Kreacjonizm Pratchetta jest czymś, w co mógłbym uwierzyć.

„Quantum theory is getting so weird…all I know, is that angel Gabriel can turn up in any minute”.

Wprowadzenie dla obsiewaczy i obsiewanych

O niezręczności w pisemnym formułowaniu własnej misji blogowej niech świadczy fakt, że wprowadzenie piszę dopiero kilka miesięcy po wprowadzeniu tej notki.

Roots of Nimloth jest miejscem powstałym z inspiracji innymi przestrzeniami dyskusyjnymi sieci. Nie ukrywam fascynacji treścią i jakością publikacji Jawnych Snów. Na własnym poletku chciałbym zakorzeniać pewne motywy, takie do których lubię sięgać, które cały czas znajdują swoje miejsce w kulturze tekstu, filmu, projektowania gier komputerowych. Niech to miejsce będzie kojarzone z polem uprawnym, ale takim specyficznym – zasiewam tutaj, ale owoce możecie zbierać też w swoim własnym ogródku. Nigdy nie wiadomo, co z tego tak naprawdę wyrośnie.

Na początek spotkanie z meteorem. Dźwięków dostarcza „Kasabian”. Ten kawałek posłużył Remedy Entertainment do naprawdę sprytnego zawiązania fabuły dodatku do gry Alan Wake, pt. Alan Wake’s: American Nightmare. Utwór jest częścią ścieżki dźwiękowej do gry i jednocześnie niezbędnym elementem większej układanki w tej historii. Odważę się stwierdzić, że Remedy Entertainment jest jedynym obecnie studiem developerskim, potrafiącym tworzyć bogate i intrygujące środowisko wokół swojej produkcji. Ale o tym kiedy indziej.