gabinet tropów

Unholy extravaganza

Pierwsze materiały z odświeżonej wersji Devil May Cry nie spotkały się z pozytywnym odbiorem. Móżna użyć bardziej dosadnych wyrazów, pasujących do fali oburzenia która przetaczała się przy akompaniamencie grzmotów i prawdopodobnie dalej przetacza w pewnym stopniu przez sieć (choć mogła już trochę osłabnąć). Nowy Dante, powszechnie znany jako syn demona Spardy i ludzkiej kobiety Ewy (spokojnie, tutaj wszystko pozostało bez zmian, no harm done), został nieco odcięty od swojego dawnego wizerunku. Dawniej białowłosy, niepokorny wojownik stał się ku powszechnemu zdziwieniu brunetem, o nieco mniej ekstrawaganckim podejściu do problemów życia codziennego (czytaj: piłowanie kłów demonom z równoległego wymiaru).

Nie przemawia do mnie tłumaczenie przedstawicieli Capcomu, jakoby wizerunek Dantego należałoby kształtować zgodnie z wymogami rynku, tzn. młodszej, mniej obeznanej w serii części graczy. Klasyczny image pogromcy demonów w żadnym wypadku nie uległ przedawnieniu, nie widzę potrzeby zmiany czegoś, co w dalszym ciągu sprawdza się tak samo dobrze. Nie ma jednak co rozwodzić się nad decyzją deweloperów z Ninja Theory. Nowy Dante po prostu mi pasuje. Spędzając nawet kilkanaście minut przy tej produkcji, czuje się pewną zbieżność z dawnym wizerunkiem. Dante A.D. 2013 nie jest przeźroczysty, tak jak pewna część gorliwych fanatyków serii zakładała. Ciemnowłosemu synowi Spardy jest teraz bliżej młodocianego buntownika, jak na bywalca ulicznych zamieszek przystało. Najbliżej zaś mu po prostu do osoby, której dramatyczne oderwanie od własnych korzeni i pamięci przeszłości przyniósł żywot zbuntowanego mieszkańca przyczepy. Ale czy to w takim razie oznacza że jest postacią casualową i wtórną? I tak i nie. Z pomocą w definiowaniu wad i zalet Dantego przychodzi jego brat bliźniak – Vergil. Jego rychłe pojawienie się zmienia nieco perspektywę oceny Dantego, ponieważ, spójrzmy prawdzie w oczy – Vergil jest o niebo ciekawszą postacią.

Abstrahując od zgryzów w wątku charakterów przedstawionych, przejdźmy do rozgrywki i designu poziomów. To co widzimy na poszczególnych mapach w DMC jest absolutnie GENIALNE. Gra dostarczona przez Ninja Theory zawiera w sobie jedne z najlepszych starć z bossami, w jakich kiedykolwiek dane mi było uczestniczyć. Amerykanie zdawali sobie sprawę z potencjału kreacyjnego serii Devil May Cry. Postanowili dołożyć własną cegiełkę do muru oryginalności tej marki. Przemierzanie poziomów w stronę ostatecznej konfrontacji jest bardzo spójne, nie mamy jednak pojęcia, jaką przyjmie formę. I tutaj ludzie z Ninja Theory zamontowali sprytnie swoją pułapkę. DMC nie przestaje zaskakiwać, umiejętnie gra konwencją, jednocześnie serwując zupełnie niespotykane formy starć.

Klimat i stylistyka świata jest jedną z największych zalet. Grając, czujemy się dopieszczani, bierzemy udział w spójnej, graficznie konsekwentnej narracji. Weźcie chociażby pod uwagę wykorzystanie graffiti w trakcie sceny na placu zabaw, gdy Vergil przybliża Dantemu ich wspólną przeszłość. Poszczególne grafiki na murach ukazują dramaty pary kochanków – Spardy i Ewy, mających to nieszczęście znalezienia się po przeciwnej stronie barykady (odwieczna walka aniołów i demonów). Smaczków takich jest o wiele więcej, DMC korzysta z pełnej palety chwytów wizualnych. Ciekawie przedstawia się też Limbo – zaświaty, domena demonów, w której przychodzi nam walczyć z wszelkiej maści pomiotami ciemności. Co ciekawe, miasto będące pod wpływem Limbo wygląda lepiej, niż rzeczywistość. Kusi ciepłem barw i przystępnym surrealizmem. Świat realny jest natomiast szary, reprezentuje zniewoloną przez demony ludzkość. Historia przedstawiona w DMC jest spójna, po prostu mamy ochotę zgłębiać kolejne rozdziały tej opowieści. W przeciwieństwie do fabuły poprzedników, w nowym „Diable” ludzkość nie zdaje sobie sprawy z tego, że pełni rolę matrixowych „bateryjek”. Znajduje się jeszcze w pełnej nieświadomości. Demony kontrolują swoje stadko przy pomocy kamer (sic!) i super popularnego napoju o nazwie „Virility” (jeśli dobrze zrozumiałem, to substancja ta zwiększa pasywność mózgu). Nowy DMC nie zawodzi, ponieważ nie zakłada niemożliwego. Mamy tutaj do czynienia z historią o szukania tożsamości, o odnalezieniu drugiej (szalenie odmiennej) biologicznej połowy i konieczności skarania głównego, międzywymiarowego złego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s