gabinet tropów

Ciemniejsza strona księżyca

Zapewne większość z Was podświadomie szuka ustalonego, najbliższego sobie wzorca w realiach fabularnych s-f. Czytamy i oglądamy według klucza naszych neuronowych kubków smakowych. Mój trop kilka lat temu doprowadził mnie do filmu „Moon”, w reżyserii Duncana Jonesa (tak, to jest de facto syn Majora Toma). Spotkanie z tą produkcją było dla mnie w pewien sposób okazją do powrotu na stare śmieci. Człowiek uwięziony w pewnej klaustrofobicznej przestrzeni przypomniał mi o „Cylindrze van Troffa”, Janusza Andrzeja Zajdla. Film otworzył też nieco trzeszczące drzwi do zakurzonego „Solaris” Stanisława Lema i „Opowieści o pilocie Pirxie” tegoż samego autora (tutaj zdecydowanie najcieplej do clue filmowej opowieści).

„Moon” jest prostą, aczkolwiek naprawdę angażującą historią. Język angielski ma świetne słowo określających takie wrażenie – „mesmerising”. Przetłumaczyłbym, ale nie chcę żeby straciło na uroku. Film opowiada o człowieku który w pewnym momencie swojego życia zderzył się czołowo z nieoczekiwanym. Nie chcę niczego niepotrzebnie zdradzać, podobnie jak z całych sił odradzałbym każdemu oglądanie zwiastunów filmowych. Kochana branża filmowa w pewnym momencie rozminęła się dramatycznie z powołaniem, przekształcając zapowiedź filmu w jego kompletne streszczanie. Z materiałami do „Moon” jest niestety podobnie, oglądasz zwiastun i zamiast zająć pozycję obserwatora nieświadomego, stajesz się widzem ostrzeżonym. Czy naprawdę nie da się przedstawić zalet produkcji, nie operując w bezpośredni sposób prezentacją omawianych treści? Produkt produktem, ale zachęta i poza-kadrowa gwarancja twistów fabularnych powinny w końcu wrócić do łask. Wszystkich zainteresowanych tym jak to się powinno robić należycie, odsyłam tutaj. Bezwłosy Mistrz Napięcia dostarcza.

„Moon” należy zobaczyć z trzech powodów: swobodnej i wiarygodnej kreacji Sama Rockwella, fabuły chwytającej kleszczami klimatu oraz muzyki. Utwory skomponowane przez Clinta Mansella mogą być spokojnie wizytówką gatunku, jaki z łatwością reprezentuje „Moon”. Film Duncana to powrót do korzeni rasowego, sytuacyjnego kina s-f. Jest spadkobiercą koncepcji filmowych z lat 60. i 70. Film o człowieku na Księżycu, abstrahując od swojego pozaziemskiego osadzenia, mówi o dramacie człowieka umieszczonego w trybach nieznanej sobie maszyny. Maszyny, w której przebywa dłużej, niż podpowiada mu to własne doświadczenie. Przyszłość może przynieść rozwój w postaci przełamywania ludzkich i naukowych barier. Czasami jednak, z przyczyn stricte ekonomicznych woli sięgnąć po narzędzia niewolnicze, na chłodno sprawdzając rachunek zysków i strat. W tej produkcji mamy kontakt z fajnym i rozsądnym operowaniem minimalną ilością „wspomagaczy” wizualnych. Dobra historia obroni się sama, wystarczy jej kilka niezbędnych metrów kwadratowych do prezentacji.

p.s  W filmie jest też Kevin Spacey, ale raczej niefizycznie. Jeśli go znajdziecie, punkt dla Was.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s