gabinet tropów

Elektryczny fetysz

Wstydów czytelniczych naszedł ciąg dalszy.

W trakcie researchu na temat Świata Dysku, zacząłem dokopywać się do dalszych pokładów tytułów z mało chlubnego cyklu: „dzieła kanoniczne nieczytane”. Zapadła decyzja o sięgnięciu po „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?”, Philipa K. Dicka. I tutaj pojawiło się naprawdę miłe zaskoczenie. Okazuje się, że Ridley Scott wraz ze swoim „Łowcą Androidów” poszedł w nieco odmiennym kierunku, rozkładając akcent historii w inny sposób. Książka skręca wyraźnie w stronę filozoficzną, częściej i dobitniej akcentuje wątek egzystencjalny. Jest równie subtelna co jej filmowa alternatywa, może momentami brzmi nieco łopatologicznie i  stara się przekazywać dość banalnie sformułowane problemy (np. rozterki głównego bohatera na temat jego niejednoznacznych relacji z androidami), jednak patrząc całościowo – mimo swojej odmienności od filmowego przełożenia, jest idealnym uzupełnieniem wizji Scotta. Rozwija wątki androidów, wskazując na ich niewolniczą przeszłość i ich dość bezduszną eksploatację na pozaziemskich koloniach.

Kluczowe zarówno dla adaptacji filmowej, jak i pierwowzoru papierowego androidy, są zupełnie odmienne. Nie posiadają charyzmy i egzotyczności wizerunku z dzieła Scotta. Nexusy Philipa K. Dicka nie posiadają aury tajemnicy i niezwykłości, którą znamy z filmu. Sposób ich przedstawienia ma więcej wspólnego z próbą spojrzenia na nie z perspektywy niedoskonałych ludzkich kopii. Książkowy Roy Batty, czyli nieformalny lider opisywanej grupy androidów, wydaje się być dość daleko od niezapomnianej kreacji Rutgera Hauera. Owszem, w fabule pojawia się nawiązanie do rewolucji przeprowadzonej przez androidy na pozaziemskiej kolonii i umacniania się Roy’a na pozycji lidera – „oświeconego” mentora tej grupy. Mi jednak zabrakło „tego czegoś”. Najwidoczniej kreacja filmowa ma u mnie permanentne pierwszeństwo. Papierowy „Blade Runner” rozgrywa się tylko w pomieszczeniach, bądź na dużych, pustych przestrzeniach. Czytamy o pustych mieszkaniach, bądź o jałowych pustkowiach. Ridley Scott wzbogacił ten stan ducha o nowe tła, co wcale nie zmniejszyło wrażenia izolacji i  porzucenia. Zatłoczone, tętniące życiem neonowe ulice San Francisco są naturalnym rozwinięciem pustostanów zajmowanych przez tych, którym nie dane było emigrować do pozaziemskich kolonii. Ludzie jeszcze nigdy wcześniej nie byli tak daleko od swojej natury, androidy nigdy wcześniej nie były tak blisko swoich twórców.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s